czwartek, 24 października 2013

Tuljok w jesiennej tundrze

Wyjazd studyjny do Rosji
22-26 września 2013
Pierwszy śnieg tegorocznej zimy dopadł mnie 25 września w Kirowsku, górniczym miasteczku za kołem podbiegunowym na Półwyspie Kolskim, 190 km na południe od Murmańska. Po śniadaniu miałam odlecieć z lotniska w Apatytach (ok. 20 km od Kirowska) do Moskwy. Wstałam nieco wcześniej, by zrobić kilka zdjęć jeziora leżącego w centrum miasta. Hotel był nieco na uboczu Kirowska. Ranek przywitał mnie ostrym wiatrem z niewielkim śniegiem, wiejącym od strony Masywu Chibińskiego, zdrowo zacinał po twarzy. Zrobiłam kilka zdjęć wokół hotelu, uchwyciłam kwitnącą koniczynkę w śniegu i wróciłam szybciutko spowrotem. Byłam zbyt przeziębiona, przy tym ubrana w wizytowy garnitur, bo w Moskwie czekały mnie ważna konferencja i kolacja, bez szans na przebieranie się w hotelu – by ryzykować w takim wietrze spacery po mieście. Może bym i zaryzykowała, ale przeziębienie dawało się nieźle we znaki, włosy po kilku krokach miałam mokre od potu. Nawet beret i kaptur ciepłej kurtki nie ratowały mnie przez przewiewem.

Pierwszy śnieg w Kirowsku
Dzień wcześniej, po wizycie w Zakładach Górniczo-Przetwórczych „Olenij Ruczej” Grupy ACRON, pojechałam wraz z gospodarzami i grupą polskich dziennikarzy w głąb tundry do kompleksu wypoczynkowego - Tuljok. 
Tak samo nazywa się rzeka, która przecina równoleżnikowo Masyw Chibinski w pół  i wspada do zatoczki.
Spędziłam tam całe popołudnie i wieczór.
Był ulokowany u podnóża południowej części Masywu Chibińskiego, po jego wschodniej stronie, nad zachodnim brzegu cudownego jeziora Umb, w  zatoczce  o tybylczej, lapońskiej nazwie - Tuljucht. Po lapońsku Masyw Chibiński  też nazwa się bardzo ładnie - Umptak. I chociaż tubylców  praktycznie tam nie ma, to stare nazwy pozostrały. Rosjanie dopiero teraz odkrywają to, co było piękne i cenne przez ich przybyciem na te tereny. 
Renifery i dzikie gesi po lapońsku
W Kirowsku trafiłam w sklepie z pamiątkami na  tubylcze rękodzieło - ręcznie malowany drewniany niewielki talerzyk ze wzorami ludów znad Morza Białego, jedyny chyba w całym mieście. Wisiał samotnie na ścianie.Była jeszcze  "cepelia"  pod turystę  - "eskimoskie" ludziki z futerka, ale takie same można kupić na kilogramy w krajach skandynawskich. Mnie interesowało autentyczne rękodzieło dawnej tubylczej ludności o wartościach etnograficznych. Nie bacząc na cenę kupiłam go. Zresztą, nikogo poza mną ten talerzyk nie zainteresował.
To najcenniejsze trofeum  jakie przywiozłam z Rosji. Poza miseczkami z porcelany, kupionymi w starym monastyrze moskiewskim, niedaleko Dworca Białoruskiego.

Dotarcie do ośrodka zajęło nam ponad 2 godz. jazdy prymitywnymi „polnymi” drogami brzegiem jeziora.  Jechaliśmy kamazem przystosowanym do przewozu ludzi w podbiegunowych warunkach. We wnętrzu był ekran telewizyjny na którym można było śledzić drogę. 
Mchy, porosty i drzewa na słokach Chibin.
 Wokół nas - dziewicza natura. Po lewej stronie  - tundra porośnięta  drzewami iglastymi i z mnóstwem brzózek, na stokach mchy, porostu i nieznane mi krzewy. Wszystko w soczystych kolorach.

Droga nad jeziorem Umb u podnóża stoku Masywu Chibińskiego
Po prawej – jezioro, rynnowe ciągnące się ponad 70 km z północy na południe. Nieco rozfalowane, nieco mroczne z powodu zmiennej pogody. Czyściutkie. Tak samo powietrze – rześkie, czyste.
 
Jezioro Umb

Odpowiedni środek lokomocji po tundrze
Przed wyprawą w tundrę Półwyspu Kolskiego w zakładach „Olenij Rucziej” złożyłam wizytę w tamtejszym gabinecie lekarskim. Przeziębienie dokuczało coraz mocniej, pobyt w Rosji był intensywny a ja mam swoje lata na karku – trzeba było zabezpieczyć się przed ewentualnymi konsekwencjami szaleństw organizmu. Co dwa dni zmieniałam strefy klimatyczne, pokonywałam samolotem odległości 2 tys. km, wstawałam dwie godziny wcześniej niż w Polsce a więc o 4-5 rano naszego czasu  i z reguły do późnego wieczora byłam na nogach. Szalona rosyjska „tygodniówka” na wysokich obrotach.

W drodze do Tuljoku, nad jez. Umb
Przeziębiłam się jeszcze przed  wylotem do Rosji, czekając na opadnięcie mgły i spóźniony lot z lotniska w Goleniowie do Warszawy.,wieczorem ze stołecznego lotniska odlatywałam do Moskwy.
Duża wilgoć powietrza, słoneczko i złudne poczucie ciepła, które skłoniło mnie do przejścia kilkudziesięciu kroków z terminalu do samolotu z płaszczem na ręku a nie na grzbiecie – zaowocowały ostrą reakcją organizmu i w efekcie przeziębieniem, które rozwijało się w drodze do Moskwy, mimo łykania aspiryn Bayera. 
Klasyka jesienna.

W doskonale wyposażonej zakładowej przychodni przyjęła mnie urocza dziewczyna - Jelena Władimirowna Wasiljewa, terapeuta medyczny, po polsku ratownik, dawniej felczer. Ciśnienie po wizycie w sztolniach kopalni wyśrubowało się do 191/78, ale za chwilę opadło, gorączki nie było, EKG normalne. Płuca też w porządku. Dostałam stosowne leki z zapasem na cały pobyt w Rosji i zalecenie, by raczej tego popołudnia odpoczywać. Leki produkcji rosyjskiej zadziałały szybko. Przestał mnie męczyć kaszel, organizm zaczął się uspokajać. Przestałam się wreszcie pocić, czuć osłabienie i chodzić na słaniających się nogch. - Co do skoków ciśnienia, to dopadło praktycznie wszystkich, którzy zwiedzali kopalnie – pocieszyła mnie na odchodnym Jelena Wasiliewa. 

Tuljok w zatoce Tuliluht jez. Umb

Wejście do ośrodka Tuljok
Tuljok mnie oczarował, zaczarował wręcz..

Wysiadłam z samochodu z nieco bolącą głową, źle znoszę jazdę czymkolwiek, jeśli nie mam widoku na drogę, aviomarin akurat mi się skończył.
Przed oczami miałam pejzaż bajkowy ze znanych mi obrazów rosyjskich malarzy uwieczniających na płótnie  daleką północ Syberii.
Słońce przegnało chmury, jezioro ucichło i lśniło w słońcu, odbijało paletę jesiennych braw tundry. W świerkowym lesie stały ręcznie wykonane domki z bali, między drzewami można było zbierać jagody, soczyste i dojrzałe. Zamiast dróżek były drewniane podesty, bo grunt tu skalisty, jak w kopalni. Niesamowity krajobraz wrysowywał mi się w pamięć, kadr za kadrem, obraz za obrazem...
Alma z Tuljoka
Z lasu wypadł biały kudłaty psiak -  łajka syberyjska. Obwąchała przyjaźnie, pomachała ogonem i pobiegła dalej. Poszłam za nią.

Przeszłam obok  bani, którą sobie zupełnie inaczej wyobrażałam, doszłam do domku z bali, nieco większego od innych, który spełniał po części rolę jadalni, po części sali telewizyjnej, po części knajpy i świetlicy. Pachniał na odległość wspaniałym jadłem.

Wewnątrz - cudowny rosyjski konglomerat – nieco ZSRR w obrazach na ścianach, wspaniała rosyjska kuchnia i rosyjska gościnność, autentyczna, szczera, nie udawana. 

Honory domu czynili dwaj mężczyźni w średnim wieku, jeden z nich o polskich korzeniach. Wysocy, postawni, o męskiej urodzie, ubrani wygodnie w swetry i jeansy. W ośrodku, któremu gospodarzyli -  nowocześnie wyposażenie dacz, telewizory najnowszej generacji, łączność satelitarna dla Internetu, mini lądowisko dla śmigłowców. A w bani – skóry jeleni na siedziskach.

Czakał na nas zastawiony stół. Uginał się od potraw – dziczyzna, mięsiwa, ryby, pasztety, sałatki, owoce, i licho wie co jeszcze. Kawior i ucha - zupa rybna, za którą przepadam, trunki wszelakie. Niewiele kupnego, wiele własnej roboty. Ryby i dziczyznę dostarczyło jezioro i okoliczne lasy, kiszonki i marynaty też własnej roboty.
Byłam przerażona, same smakowitości, za którymi przepadam a  żołądek, tradycyjnie dla choroby lokomocyjnej dostaje kociokwiku. 
Jak to wszystko pogodzić, nie obrazić gościnnych gospodarzy?! 
Z trudem przełknęłam ulubioną zupę rybną i wyszłam na zewnątrz. 

Zza rogu domu spoglądały na mnie psie oczy, czujnie i wesoło.

- Eto  wasza sabaka? – głaszcząc psi łep spytałam Władimira Nikołajewicza Porkowskiego, naszego gospodarza, który wyszedł za mną przed budynek.

- Da, eto Alma, sibirskaja sabaka  – odpowiedział dodając, że pies jest młody i przyjaźnie nastawiony do ludzi. Rozpoczęliśmy rozmowę. Ja - że miałam też Almę, nawet dwie Almy, takie imiona nosiły moje psy, kolejne owczarki niemieckie. On - że też lubi owczarki, ale chętnie pokaże mi innego psa, też syberyjskiej rasy. A jak chcę, to i kury i koguta, i koty na dodatek, bo zwierzaki tu mieszkają różne.

Psie rezydencje w Tuljoku
Widać było, że lubi i rozumie zwierzęta. Kiedy zaprowadził mnie do drugiego psa, oniemiałam na  widok psiej budy. Pies należał do tych „groźnych”, za dnia był na łańcuchu, ale nie zamocowanym do  budy, lecz na rozpiętej lince. Mógł sobie biegać dosyć swobodnie na dużych odległościach, nocą biegał luzem. Buda solidna, zbudowana z bali, jak wszystkie domki dookoła, obok stał solidny zadaszony kojec z budą, na drewnianym podeście, mieszkanie Almy i stadka kur.

Władimir N.Porkowski i jego psy, mniejsza, w przysiadzie - Alma
Pan Władek, jak natychmiast nazwali Polacy Władimira Porkowskiego, ma polskie korzenie, po dziadku. Przyjechał na Półwysep Kolski z Permu. Żona, którą ma niezmiennie od 40 lat dostała pracę w Zakładach Górniczo-Przetwórczych "Olenij Ruczej", on - propozycję opieki nad Tuljokiem. -  Dano nam przyzwoite warunki, to się zgodziłem. Dzieci są już dorosłe, na swoim, odchowane. Pan Władek sam dobiera sobie współpracowników, generalnie syberyjskich drwali do budowy domków w ośrodku. – Czasem śniegi tu bywają po połowy okien, ale nie zamienię tego miejsca na żadne inne - przyznaje.

Czas płynął leniwie. Współtowarzysze wyprawy do tundry oddawali się łakomstwu na biesiadzie lub wyparowywali poty w bani. 
Całoroczna dacza z bali, tymczasowa moja siedziba  w Tuljoku
Pan Władek udostępnił mi domek z bali na całe popołudnie. Mogłam położyć się i wypocząć. W domku miałam wszystko, jak w  wytwornym hotelu. Trzy pomieszczenia, telewizor, czajnik na wodę, zestaw herbat, wygodną łazienkę, nawet kapcie, suszarkę do włosów, nowiutką szczotkę do zębów i niezbędne środki czystości z pastą do zębów włącznie. Idealne warunki do wypoczynku i ekspresowego uwalniania się od przeziębienia. Zasnęłam….
W domku z bali, łóżko też było z bali.

W drogę powrotną wyruszyliśmy ok.10 w nocy. Kiedy wsiadałam do samochodu, pan Władek wręczył mi …dwa talerze otulone w folię, pełne plastrów mięsiwa, pasztetów, kiełbas i innych smakołyków. Do tego jeszcze wielkie pudło czekoladek. – Pani Zosia, wy nie pakuszali niczewo  – mówił z przyganą w głosie, - trzeba coś zjeść na kolację -  dodał.  Popatrzyłam się w jego szczerze zatroskane oczy, szare jak tafla jeziora nad którym osiadł, uśmiechnęłam się zabierając talerze i powiedziałam – Bolszoje spasiba Władimir Nikołajewicz, bolszoje spasiba
Świetlica w Tuljoku, wieczorem 24 września 2013 r.
W kirowskim hotelu recepcjonistka schowała talerze w lodowce, rano mieliśmy doskonałe uzupełnienie porannego posiłku. Hotel serował śniadanie typowe dla hoteli na rosyjskiej prowincji – plaster salami, plaster żółtego sera i racuszki. Dwa talerze znakomitej dziczyzny przygotowanej na różne sposoby były doskonałym dodatkiem do śniadaniowego menu.

Pana Władka wspominaliśmy przy stole z rozrzewnieniem. Nikt nie przypuszczał, że przyjdzie nam jeszcze raz spotkać się.z nim. 
Ostatni rzut oka z hotelowego okna w Kirowsku, miasto żegna się ostrym wiatrem z płatkami śniegu....

Jadąc  na lotnisko w Apatytach, dobre kilka kilometrów za Kirowskiem zatrzymaliśmy się na poboczu, koło cmentarza. 
Cmentarz pod Kirowskiem
Okazało się, że jedna z dziennikarek zostawiła w Tuljoku ….szaliczek. I pan Władek starał się jej go oddać. Skoro nas nie został w hotelu, ruszył za nami w kierunku lotniska. Zatrzymaliśmy się, by na niego poczekać. Musiał pokonać kilkadziesiąt kilometrów wertepami przez tundrę, wstając świtkiem, by nas w końcu dogonić!

Szaliczek wrócił do Moskwy a potem do Polski a pan Władek został solidnie wycałowany w podzięce. 
Po kilku tygdniach, po powrocie do kraju udało mi się serią antybiotyków definitywnie skończyć ze skutkami przeziębienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz