poniedziałek, 26 sierpnia 2013

VIP na festiwalu



Festiwal w Sopocie oglądany na żywo, to zasługa Głosu Rosji (GR). Miałam z koncertów pierwszego dnia, w tym konkursowego festiwalu - zrobić recenzję dla polskojęzycznej redakcji internetowej GR a przy okazji poznać kolegów dziennikarzy z którymi współpracuję na co dzień, z  zastępcą red. naczelnego GR, ds. informacji międzynarodowych na czele, któremu szczególnej pieczy podlegają kraje Europy Zachodniej i Ameryki Łacińskiej. W planie było także spotkanie z ambasadorem Rosji i jego małżonką.
Z tej okazji zostałam zaliczona do grona VIP festiwalu, ale zapomniano o akredytacji prasowej, z czym sobie jakoś poradziłam. 
Relacja dla Głosu Rosji: 
po polsku:

po rosyjsku:
Wyprawa do Sopotu na festiwal kosztowała mnie sporo wysiłku. To bez mała dobę na nogach, dosłownie. Wstałam  23 sierpnia o 4-tej rano by zdążyć na pociąg do Gdańska odchodzący o 6 rano. 5,5 godz. jazdy ze słońcem prosto w oczy, co oczywiście dało się we znaki memu błędnikowi. Głowa i oczy błagały o chwilę wytchnienia, żołądek przyklejał się do kręgosłupa, torsje też dopadły. Typowe dla choroby lokomocyjnej. Marzyłam o chwili odpoczynku. 
Nic z tego, gdańszczanie  uważają, że doba hotelowa ma 18 godzin i do pokoju w hoteliku Artus wpuścili mnie dopiero o 15-tej. Od 11-tej  do 15-tej, czyli kolejne 4 godz. bez odpoczynku. Pozwiedzałam z konieczności nieco Gdańsk, byłam w cudownej, jak zwykle bazylice mariackiej, w której oczywiście nie zabrakło elementów propagandy politycznej, trafiłam do Ośrodka Kultury Morskiej, gdzie z tarasu restauracji "Cała naprzód" podziwiałam  s/s "Sołdka" i zjadłam lekki obiad, bo żołądek po podróży nie uspokoił się. 
Moja wina, zapomniałam przed  jazdą pociągiem zażyć niezawodnego aviomarinu. Skoro zapomniałam, to cierpiałam.

Ul. Mariacka, Gdańsk
Po obiedzie zawitałam na ukochaną ul. Mariacką. Warto było! Gdańsk jest pięknym miastem pełnym kontrastów i chętnie w Trójmieście bywam. Zawsze coś nowego mogę w nim zobaczyć, nawet jeśli w obszarze zwiedzania jest tylko gdańska starówka. Na Długim Targu – zauroczył mnie gołąbek i artysta-karykaturzysta z ciekawym spojrzeniem satyryka na postaci prezydenta Putina i kanclerz Merkel. W bazylice mariackiej rozbawili mnie Japończycy, którzy wypatrzyli  w gotyckim wnętrzu szkaradną kiczowatą figurkę, bez mała prosto z jarmarku jakieś Madonny na ołtarzyku przy jednym z filarów bliżej wyjścia z kościoła  i robili sobie pod nią rodzinne fotografie, w objęciach, uśmiechach, jak na zdjęciach z wakacji. Natomiast bliżej prezbiterium pewien stary marmurowy anioł śmierci wskazał mi palcem ….polityczną wystawkę poświeconą prezydentowi Kaczyńskiemu. Zupełnie kuriozalną w takim miejscu. Nie dziwię się Japończykom, którzy bazylikę potraktowali jak salę wystawową a nie świątynię. 
Nad Motławą znowu Japończycy mnie zaskoczyli kupując na straganie gdańskiej kramarki ….rosyjskie matrioszki, reklamowane jako …”hel do gadania”. Co to miało znaczyć, nie mam pojęcia. Widok czysto abstrakcyjny z serii pure nonsens.

Propaganda polityczna w bazylice mariackiej
Hotelik trafił mi się przytulny nawet, ale na relaks czasu nie było. O 17-tej byłam umówiona z organizatorami festiwalu ze strony rosyjskiej. Więc krótki prysznic, spacerek na dworzec, kolejką podmiejską do Sopotu, taksówką do hotelu „Haffner”. Czyli pół godziny na ablucje, godzinka na dotarcie do sopockiego hotelu. 
A od 17,30 – jazda bez trzymanki – próby, jeden koncert, drugi koncert, godzina czekania na jakiś transport z Opery Leśnej do hotelu rosyjskich gości, przesiadka do innego samochodu i jazda na pamięć do mego hoteliku na gdańskiej starówce z kolegą, który dysponował autem i miał hotel po drodze, we Wrzeszczu. Trochę się poplątaliśmy, pomogli informacją nocni piwosze i taksówkarz.

Matrioszki w roli  "helu do gadania"
W hotelu zjawiłam się koło …3-ciej nad ranem. Skonana niemiłosiernie. W końcu wyszło mi, że 23 godz. byłam praktycznie na nogach. Do młodzieży trudno mnie zaliczyć, większość pań w moim wieku jest babciami.

Padłam jak długa i zasnęłam ciężkim snem do … 6,30. Byłam zbyt zmęczona, na dłuższy zdrowy sen… Potem było już takie lekkie drzemanie. Na śniadanie nie mogłam się patrzeć i podreptałam do najbliższej apteki, żołądek szalał. Recepcjonistka, bardzo miłe dziewczę, widząc, że ledwo stoję na nogach pozwoliła przedłużyć pobyt w hotelu do 16-tej, o 17-tej miałam powrotny do Szczecina.  Trochę odespałam nocne zaległości a kupiony aviomarin przyhamował brewerie mego żołądka. Organizm przy okazji nieco odpoczął i wyczyścił z toksyn, bo jedynym moim posiłkiem była woda mineralna przez cały czas, aż do następnego ranka. Taka zdrowotna dieta, nieco z przymusu.

Jazda do domu była cudowna. Wolny przedział, tylko urokliwa Polka z Goeteborga jadąca do brata do podmiejskiej dzielnicy Szczecina. Wyciągnęłyśmy się jak długie na siedzeniach, poplotkowały po babsku i dopiero wtedy poczułam, że zmęczenie zaczyna ze mnie odparowywać. I tak trochę drzemiąc, trochę plotkując dojechałam do Szczecina. Uff!

Oczywiście, nie żałuję całej tej męczącej przygody, bo warto było. I to nie tylko że względu na koncerty festiwalowe. Nie widziałam do tej pory Opery Leśnej, poznałam na własnej skórze oddziaływanie decybeli (fatalne!), oglądanie takich imprez w telewizji daje szansę na regulowanie dźwięku.

Karykaturzysta z Długiego Targu
Warto było przede wszystkim przyjechać do Sopotu ze względu na gości z Rosji, z którymi na co dzień współpracuję. Co innego rozmowy telefoniczne, maile a co innego rozmowy w cztery oczy. Bezpośredni kontakt – to kopalnia wiedzy o człowieku, jego upodobaniach, gustach, zachowaniu, emocjach, stosunku do innych ludzi, nawet o jego nie zawsze ujawnianych chętnie nawykach. Tego komunikatory nie oddają. Zawsze preferuję poznawanie ludzi w bezpośredni sposób, człowiek to szalenie ciekawa, otwarta karta, trzeba tylko umieć ją odczytać. I dla takich właśnie doświadczeń warto było do Sopotu przyjechać, nawet spędzając na nogach prawie dobę.

Kiedy przychodzi mi ocenić sam festiwal – mam potworne problemy. Moja pamięć nie zakodowała żadnej piosenki z koncertu konkursowego. Było zdecydowanie za głośno, decybele odczuwałam drganiem każdego nerwu, każdej komórki. W pewnym momencie było to ponad moją fizyczną tolerancję. Zdecydowanie wolę oglądac takie imprezy w telewizorze.

Drugą przeszkodą była publiczność. Siedząc w sektorze dla VIP, teoretycznie doskonale usytuowanym na widowni Opery Leśnej, mając u boku z lewej strony ambasadora Rosji w RP i jego żonę, z prawej - rosyjskich kolegów dziennikarzy, nie przewidziałam, że w gronie polskich VIP też panują obyczaje oszalałych nastolatków z koncertów heavy metalu. Rząd przede mną siedziała para - ona elegancka,  jakieś 28-30 lat, on w podobnym wieku z piwem w garści. Ich reakcja na muzykę to - stanie, skakanie, kolebanie się i machanie rękami. Na tyle skuteczne, że osoby siedzące za nimi nie widzą sceny ani nawet obrazu na telebime. 
Zamiat sceny przed oczami - zadki
Obok nich siedziała podobna para, nieco mniej elegancko ubrana, i nieco młodsza z podobnymi manierami. Na dyskretne zwrócenie uwagi, że za nimi siedzą goście z zagranicy i chcieli by oglądać artystów na scenie a nie cudze tyłki w podrygach – elegancka pani odpowiedziała – Na festiwalu się tańczy, a ja też jestem VIP. I pokazała stosowną plakietkę. No cóż na ambasadora ta pani nie wyglądała, co najwyżej na sekretarkę jakiegoś miejscowego notabla albo znajomą występującego piosenkarza lub organizatorów. Kolejnym razem prosząc ją o umożliwienie mi jednak oglądania tego, co się dzieje na scenie, nieco wkurzona szepnęłam jej półgłosem – Ma pani jak na VIPa nieco prostackie maniery – kręcenie dupą i piwo w garści. Też nie poskutkowało.

Kolejnym zgrzytem była propaganda polityczna. Otóż między występami kolejnych artystów, w czasie koncertu przypominającym przeboje muzyczne lat 80-tych, Polsat serwował na telebimach wstawki filmowe, niczym kroniki filmowe ze stalinowskiej PRL, nieco tylko mniej nachalne - kolejki, ocet na pustych ladach sklepowych, papież, stan wojenny i starannie wyselekcjonowana w kadrach szara rzeczywistość Polski, dla której ratunkiem, wg TV Polsat były zagraniczne piosenki prezentowane w Spocie w minionych edycjach.

Wondraczkowa bardziej apetyczna niż zadki publiczności
Tego się nie dało lekko strawić. Podobno, jak mnie zapewniano – ta propaganda była tylko dla publiczności w Operze Leśnej, w telewizji szły w tym czasie reklamy. O wiele ciekawsze były natomiast wstawki z wywiadami dziennikarzy radia RFM MF z artystami  - Heleną Wondraczkową, Izabelą Trojanowską, Kazimierzem Cugowskim i innymi. Chociaż, jak usłyszałam, że Trojanowska w latach 80-tych też cierpiała przez PRL i musiała sobie własnoręcznie szyć kreacje koncertowe, o mało nie spadłam z krzesła ze śmiechu. Co jak co, ale krawcowych to nigdy w Polsce nie brakło i szycie chałupniczo po domach kwitło w PRL w najlepsze. Tak jak  dzisiaj w małych miasteczkach i na wsiach. Materiałów też nie brakowało w sklepach, nie mówiąc, o tym, że na byle targu można było kupić różne kreacje, nawet najbardziej szalone przysyłane w paczkach z Ameryki rodzinom w kraju i zręczna polska krawcowa po kombinacjach krawieckich, różnych przeróbkach, potrafiła niejednego projektanta mody z Zachodu zaszokować swoim dziełem.

Rosjanie zaskoczyli mnie szalenie pozytywnie. Ambasador jest ciepłym, komunikatywnym i szalenie inteligentnym człowiekiem z uroczą małżonką. Cudownie się z nim rozmawia. Typ Europejczyka, nawet z urody. Dziennikarze rosyjscy – mili, nieco wyciszeni, eleganccy i ciekawi Sopotu. Preferujący dobre marki we wszystkim. Jedynie nie mogłam ścierpieć upodobania do cygar wice naczelnego GR. Cygara dla mnie po postu cuchną. No, ale trudno. W sumie był tylko jeden ogarek w popielniczce. Dało radę wytrzymać.

W sumie – był to nader udany wyjazd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz