czwartek, 18 czerwca 2015

Prawda o Krymie



Kilka dni temu, robiąc zakupy w pobliskim supermarkecie natrafiłam na kieszonkowy przewodnik po Krymie (wydawnictwa portalu Bezdroża.pl). Kupiłam go, chociaż znaczna część informacji w nim zawarta jest już zdezaktualizowana i zupełnie nieprzydatna. Pewnie dlatego jego cena została ponad trzykrotnie zmniejszona z 34,90 zł na ….10 zł.

Przewodnik „Krym. Półwysep rozmaitości” został, bowiem wydany w 2010r., w czasach przynależności Autonomicznej Republiki Krymskiej do Ukrainy. Przez minione pięć lat wiele się na Krymie zmieniło…

Kupując, zdawałoby się bezużyteczny przewodnik, zdobyłam wiele informacji o półwyspie. Nie tylko o jego historii, wielonarodowej kulturze, zabytkach, geografii, obyczajach, kulinariach, które są ujęte szeroko i wielopłaszczyznowo, co jest niewątpliwą zaletą tego przewodnika.  Tak jak i dobre mapy oraz wytyczone szlaki turystyczne. Zdobyłam też w nim - wiele informacji o relacjach Krymu z Ukrainą, i to na wielu płaszczyznach, w tym też społecznej, co mnie szczególnie zainteresowało.

A. Grossman
Autorem przewodnika  jest Artur Grossman, mieszkaniec Górnego Śląska, który jako dziennikarz, tłumacz i analityk rynków wschodnich oraz członek misji OBWE pracował i mieszkał w tym czasie we Lwowie.

Czy mieszka nadal na Ukrainie, tego nie wiem.

Co można, zatem, dowiedzieć się o Krymie z 2010 r. od Artura Grossmana? O Krymie przed przewrotem w Kijowie, przed inkorporacją do Rosji i sprzed wojny domowej na Ukrainie.


Po pierwsze - Krym to nie Ukraina

Strona 28
 „Nie ulegajmy złudzeniu, że Krym przynależy do Ukrainy. Krym to nie Ukraina. Krym to 'prawie Rosja'. Język rosyjski jest tu wszech obecny, a ewentualna znajomość ukraińskiego może nam się przydać tylko po drodze” - napisał autor przewodnika, cztery lata wcześniej niż nastał kijowski Majdan.  I dodaje – „Warto nauczyć się choćby rosyjskiego alfabetu, może nam to pomóc w wielu sytuacjach. Ludzie znających któryś z zachodnich języków raczej nie znajdziemy, ale naród jest tu miły i zwykle stara się pomóc, szczególnie jak chce coś nam sprzedać”(str.28).
Mimo, że Krym leżał w 2010 r. w granicach Ukrainy, autonomia gwarantowała mu, że językiem oficjalnym i wykładowym był jęz. rosyjski. W tym języku, jak pisze autor przewodnika, ukazywała się większość  gazet, czasopism i książek. „Język ukraiński jest na Krymie niewidoczny – informuje potencjalnego turystę Artur Grossman, - co więcej, postrzegany jest raczej niechętnie i jego użycie może być niekiedy odebrane jako nietakt” (str.98).  Zdaniem autora przewodnika, „kwestia języka jest tym bardziej zawikłana, że większa część ukraińskiej ludności jest również rosyjskojęzyczna”.

Autor dostrzega też próby ukrainizacji Krymu poprzez wprowadzanie ukraińskich nazw na mapach regionu i na kolei.

Po drugie – niezbyt chciani Tatarzy krymscy

W czasach międzywojennych, tj. ZSRR - Krym był podzielony na 20 okręgów, z czego aż 11 było okręgami „narodowymi” (6 tatarskich, 2 niemieckie, 2 żydowskie i 1 ukraiński). Po 1989r. Tatarzy krymscy, represjonowani i przesiedleni z półwyspu wgłąb Rosji przez Stalina za kolaborację z hitlerowskim okupantem, mogli wrócić na Krym, ale jak się okazało - powroty nie były takie proste.

Jak podaje Artur Grossman „ na miejscu czekały ich nowe problemy. Władze Ukrainy nie były przygotowane na przyjęcie 27 tys. przybyszów i patrzyły się na nich raczej niechętnie” (str101). Powracający z Rosji na Krym Tatarzy byli bez środków do życia. Rozpoczęły się też problemy z obywatelstwem, bowiem Ukraina nie honorowała podwójnego obywatelstwa. Prawie połowa Tatarów przybyłych z Rosji - przebywała na Krymie de facto nielegalnie. Do tego nasiliły się spory o możliwość rozwijania tatarskiej kultury i swobody religijne. Tatarzy pokojowymi manifestacjami, jak podaje autor przewodnika, starali się wymusić przychylność na władzy w Kijowie.
Za prezydentury Wiktora Janukowycza sytuacja zaczęła się nieco poprawiać. „Wprowadzono pewne ułatwienia w uzyskiwaniu obywatelstwa”, powstały tatarskie szkoły i placówki kulturalne. Zaczęto wydzielać działki dla repatriantów . 

Po trzecie – nieakceptowana kultura ukraińska

Kultura ukraińska na półwyspie jest mało widoczna, jak zapewnia autor przewodnikaRozwijała się wokół mniejszości ukraińskiej lub była „celowo podtrzymywana przez władze Ukrainy, chcące podkreślić zależność półwyspu” (str.131) i skupiła się głownie w miastach. W Symferopolu działał Ukraiński Teatr Muzyczny, od czasu do czasu zdarzały się, jak podaje Artur Grossman, wystawy, prelekcje i inne imprezy przyciągające Ukraińców. Wychodziła też prasa w języku ukraińskim, ukazywały się książki w tym języku.
Mimo, iż władze Ukrainy podjęły decyzje o wspieraniu kultury i oświaty ukraińskiej na Krymie, w Symferopolu stoi pomnik Bogdana Chmielnickiego – pisze autor przewodnika – reformy natrafiają na duży opór.” (str. 131-132). Jak podaje dalej, w tym czasie (do 2010r.) udało się otworzyć na Krymie zaledwie 4 szkoły z językiem ukraińskim jako wykładowym, gdzie dzieci i młodzież uczyły się jednocześnie i rosyjskiego i ukraińskiego. 

Po czwarte - dorobek Rosjan na Krymie

Geneza współczesnej kultury miejskiej wiąże się z „aneksją” Krymu przez Rosjan, jak wyjaśnia autor przewodnika, w czasach Piotra I.  „Proces przekształcania miast tatarskich w rosyjskie miał charakter jednak dość płynny, a kultura rosyjska zajmowała miejsce kultury islamu, która i tak była już w regresie” (str 134). Autor przestawia też bardzo interesująco historie wielu miast Krymu, w tym też tych, zbudowanych przez Rosjan, jak stolicę Republiki Krymskiej – Symferopolu, której nazwę nadal feldmarszałek Gieorgij Potiomkin, książę Taurydy. Pierwsze budynki postawili tam Rosjanie w 1784 r. Podobnie, rzecz ma się z Sewastopolem – gdzie pierwsze budowle miejskie Rosjanie wznieśli rok wcześniej na rozkaz carycy Katarzyny II, która postanowiła, że właśnie tam „powstanie baza Floty Czarnomorskiej oraz siedziba admiralicji, stocznia, twierdza i koszary” (str.243).  Jest też historia Szcziołkina, miasta zbudowanego w czasach ZSRR w 1978r., jako zaplecza socjalnego dla powstającej w pobliżu wielkiej elektrowni atomowej. Po rozpadzie ZSRR budowę elektrowni przerwano, a mieszkańcy miasteczka zostali pozostawieni sami sobie. Autor przewodnika podaje, że już zahamowano wyludnianie się miasta przez sprzedaż tanio mieszkań komunalnych, które kupować zaczęli mieszkańcy Kijowa i … Moskwy. Miasto zasłynęło, jako miejsce taniego i spokojnego wypoczynku z piękną piaszczystą plażą.
Drogi na Krymie, zwłaszcza te między miastami, jak zapewnia autor przewodnika, są w znacznie lepszym stanie niż na Ukrainie (str. 48).
Autor wspomina też najlepsze i sławne na cały ZSRR i nie tylko – kurorty z borowiną w miasteczku Saki, które podczas ukraińskiej administracji Krymu znacznie podupadły. Czas tam po upadku ZSRR zamarł i sanatoria nie miały w 2010r. zbyt wiele do zaoferowania.  Warunki sanitarne na Krymie, autor przewodnika odnotował, jako generalnie złe, i jak zaznacza „co więcej, nigdzie nie znajdziemy toalet z sedesem”.(str.56).


Komentarz

Jeśli odrzuci się wszelkie informacje dot. funkcjonowania na Krymie administracji ukraińskiej (szpitali, poczty, polskich konsulatów, aptek, taksówek, bankomatów, cenników w hrywnach itp.), przewodnik jest znakomitym źródłem informacji o półwyspie. I chociaż  jego autor utożsamił się z Ukrainą pisząc go,i odnotował …”ukraińskich marynarzy” budujących na polecenie Katarzyny Wielkiej - Sewastopol , to i tak przemycił wiele interesujących informacji o tym, jak Krym wyglądał pod ukraińską administracją.

Upadek ZSRR i przyłączenie Krymu do Ukrainy zostawiło na nim swoiste piętno. Wstrzymana budowa elektrowni atomowej, problemy z nawadnianiem, podupadłe sanatoria, bałagan i niedoinwestowanie, nierozwiązane należycie sprawy społeczne z mniejszościami etnicznymi, ukrainizacja prowadzona wbrew woli mieszkańców, na siłę. To Krym 2010r.

Bogata i atrakcyjna turystycznie w czasach ZSRR Republika Krymska popadała powoli w ruinę.   

Krym „prawie Rosja” – dzisiaj jest już tam, skąd go wyrwano, w Rosji.  I na nic wszelkie zabiegi ukraińsko-unijno-amerykańskie, by odwrócić ten stan rzeczy. 

Krym wrócił do Rosji, bo czuł się jej integralną częścią, mimo całej swojej wielokulturowości, wielonarodowości i bujnej historii. To nie tylko wynik referendum, to też skutek sposobu funkcjonowania Krymu w ramach Ukrainy.

Autonomiczny Krym z Rosją łączą wspólny dla obu obszarów język rosyjski, do którego Krymianie są bardzo przywiązani, wspólna historia i świadomość przynależności do Rosji mieszkańców Krymu. Natomiast prawie nic nie łączy Krymu z Ukrainą. Ukraina jest kulturowa obca mieszkańcom półwyspu. I tą obcość doskonale pokazał, pewnie mimo woli, Artur Grossman, Polak zamieszkały na Ukrainie, w swoim przewodniku: „Krym. Półwysep rozmaitości”.

Rodzą się na kanwie tego wszystkiego proste pytania:

  • Dlaczego polscy politycy, zwłaszcza szefowie polskiej dyplomacji - nie widzieli tego, co dostrzegał,niewątpliwie zauroczony Ukrainą,  Artur Grossman,  i tak ochoczo przystąpili do realizacji polskiego poronionego pomysłu politycznego, jakim jest „Partnerstwo Wschodnie” i do zaproszenia w ramach tego politycznego projektu Ukrainy do stowarzyszenia się  z UE?
  • Dlaczego podejmując różne, w sumie bardzo kontrowersyjne decyzje w ramach UE wobec Ukrainy, nie rozpoznali dokładnie sytuacji, jaka tam panuje, sytuacji społecznej, ekonomicznej i politycznej?
  • Dlaczego, przede wszystkim, nie oszacowano skutków swoich, nader lekkomyślnych pomysłów?
  • Skoro autor turystycznego przewodnika o Krymie, w 2010r dostrzegł i opisał wiele zjawisk, szalenie istotnych dla wewnętrznej integracji Ukrainy, traktowanej, jako jednolite, nie sfederowane państwo to, dlaczego nie dostrzegali ich polscy „eksperci”?

Ślepi, czytać ze zrozumieniem nie potrafią, mają kłopoty z logicznym myśleniem?...


Przedruk
z niewielkimi skrótami
Sputnik - MIA Russia Siegodnia (Rosja)
22 czerwca 2015

9 komentarzy:

  1. Największą bolączką OMF"naszych"etosowych włatcuf jest pustogłowie. Każdy pomysł,nawet ten najgłupszy,ma swoją wagę jeśli ma cechę inności.Dlatego wiele b.kosztownych przedsięwzięć na dużą skalę jest nie przemyślane na dłuższą metę,ale podtrzymywane bo nie ma innych,a wstyd się z nich wycofać.Najlepiej to widać na przykładzie permanentnych reform edukacji.Zresztą od czasu do czasu przez mendia przemyka się jakiś głos krytykujący do podszewki słynne etosowe 4 reformy,ale wszyscy wiedzą,że powrót do poprzedniego stany byłby nie tylko b.kosztowny to jeszcze ideologicznie dla etosu zabójczy.Pojęcie polityki wschodniej w polskim wydaniu wydaje się być curiosum.Krytycy (ci myślący od czasu do czasu) twierdzą,że Polska nie ma zupełnie jakiejkolwiek myśli własnej i jej przedstawiciele działają wyłącznie na telefon z tzw "zaprzyjaźnionych" ambasad.Najlepiej to widać po jedynej umiejętności jaką podobno posiedliśmy w stopniu baccaleurus, czyli udawanie ratlerka.Gdyby przynosiło nam to jakieś spore korzyści ekonomiczne(bo nie wymagam, zgodnie z tradycją,wizerunkowych),ale dopłacanie ciągłe do wątpliwego interesu pachnie zwykłym zboczeniem.Czyli jak można to podsumować,bezinteresownie ćwiczymy wycie do Księżyca.Kiedyś byliśmy dumni z tego iż są kraje które uważały nas za swoich przyjaciół.Węgry,Czechy,Kuba,Libia,Irak czy kraje bałtyckie.Teraz jedynie robimy sobie wrogów.Nie mówię tu o Rosji bo to jest już przesądzone, ale im bardziej usiłujemy się wpiepszać w sprawy wewn. innych krajów tym bardziej nas nie cierpią.A przecież my to wprost uwielbiamy.Węgry,Białoruś,Ukraina. Litwa i Łotwa nienawidzą nas już zupełnie bezinteresownie.Pal ich licho,ale psucie sobie stosunków z Węgrami to już pachnie skrajnym idiotyzmem.Jeszcze kilka lat temu
    pomysł inwazji Rosji na Polskę wydawał się idiotyzmem,ale nie dla naszych myślicieli vel myśliwych.A przecież znamy powiedzenie;mówisz i masz.Jak będziesz tysiące razy powtarzał,że tego chcesz to być może w końcu to dostaniesz.Nie wywołuj wilka z lasu,mówili kiedyś mądrzy ludzie.
    Ale oni niestety wymarli.Niestety,lecz z ratlerkiem zawsze jest tak samo. Dostaje kopa,wpada pod szafę i słyszy;na swoich szczekasz?

    OdpowiedzUsuń
  2. To taki rechot historii odbijający się czkawką i można by setnie się uśmiać, gdyby nie to, że tak mizerna wiedza na temat Krymu reprezentowana jest przez ludzi sterujących oficjalną polityką zagraniczną Polski, a jest to raczej powód do odczuwania wstydu i za styl, i za wiarygodność prowadzenia tej polityki

    OdpowiedzUsuń
  3. Rządzący polska polityką zagraniczną inicjowali awantury na majdanie kijowskim i mają krew na rękach. "Partnerstwo Wschodnie" zrodziło się w Warszawie za pomocą Sikorskiego, wciąganie Ukrainy do UE - też, w Warszawie powstawał projekt umowy stowarzyszeniowej....
    O Ukrainie - ci nasi polityczni geniusze i "eksperci" od Europy wschodniej - mają takie samo pojęcie, jak o Krymie.
    Im ich osobiste wyobrażenia wydaja się być faktami, realną rzeczywistością. Taka mentalność przystoi trzylatkom, którzy wiodą spory z butem na temat opornej sznurówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się,że jednym,choć nie jedynym powodem dla którego wpakowaliśmy się w Partnerstwo Wschodnie,jest choroba zwana megalomanią.Ponieważ akurat wydawało się naszym(?) włatcom, że "tfożą" historię,więc cały czas usiłują znaleźć jakąś niszę którą można by zagospodarować i uwiecznić swoje nazwiska.Niestety nasi OMF histerycy etosowi
      dość wybiórczo potraktowali naukę historii i zapomnieli,że już
      dawno temu, pewien mądry człowiek powiedział o takich ambicjach.I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu.

      Usuń
  4. pani zofio dlaczego komentuje pani wypowiedzi komentujących skoro nie odnoszą się osobiście do pani?

    OdpowiedzUsuń
  5. Z prostego powodu - to mój blog, jestem jego gospodarzem i komentarze są tu traktowane jak głos w rozmowie na zaproponowany przeze mnie temat.
    Tak na marginesie dodam, że komentarze, które odnoszą się do mnie osobiście a nie dotyczą poruszanego tematu w opublikowanym w blogu artykule, felietonie czy analizie - lądują z reguły w koszu.
    Blog ma swój określony zakres tematyczny oraz zasady funkcjonowania, a czytelnicy mają nieustające zaproszenie do dyskusji, ale wg określonych jasno zasad. Są one podane w prawej kolumnie.
    Ponieważ jestem moderatorem dyskusji, jak w każdej innej dyskusji panelowej - pozostawiam sobie także prawo do jej komentowania.
    Tak samo poszczególne osoby (komentatorzy) mogą dyskutować między sobą, o ile przestrzegają zasad dyskusji i trzymają się wiodącego tematu.
    Natomiast wszelkie próby zrobienia z blogu - ścieku niepohamowanych emocji i personalnych animozji - są tłumiona w zarodku.
    Mnie nie zależy na ilości komentarzy, lecz na ich treści -, merytorycznej, kompetentnej, rzeczowej, nawet jeśli są one diametralnie różne od moich poglądów na określony temat.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Zofia napisała;Mnie nie zależy na ilości komentarzy, lecz na ich treści -, merytorycznej, kompetentnej, rzeczowej, nawet jeśli są one diametralnie różne od moich poglądów na określony temat

      W tym miejscu nieco pani przesadziła. Wielokrotnie komentowałam merytorycznie i niemal za każdym razem nie przechodziło to w konsekwencji zaprzestałem ale czytam i wszystkie komentarze są jednostronne.

      Usuń
    2. Szanowny Anonimie,
      przy każdym usunięcia komentarza - podaję przyczyny usunięcia.
      Z reguły dot, to języka wypowiedzi, pieniactwa, pomówień, naruszania godności osobistej osób, których dot. komentarz.
      Nie toleruje tu też jakichkolwiek osobistych komentarzy pod moim adresem - treścią dyskusji i komentarzy może być wyłącznie zaproponowany w artykule, felietonie czy też analizie - temat.
      Przedstawianie kontrargumentów w kulturalny, cywilizowany sposób dla części Komentatorów jest barierą nie do przebycia.
      Prawdą jest,że poprzeczka dyskusji jest postawiona wysoko, ale przy dobrych chęciach - każdy jest w stanie przy tych kryteriach - dyskutować.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    3. Pani Zofio, nie zawsze pani podaje przyczynę. W moim przypadku, ostatnim razem wszyskie moje komentarze poszły do czarne j dziury. Nie było tam pomówień, inwektyw itd. Język był krystalicznie czysty. Wykazałem, że ominęła pani niewygodne fakty.

      Usuń