poniedziałek, 9 września 2013

USA - Rosja i świat arabski, powtórka z historii



Szykując się do wydania pod koniec 2011 r. książki „Ze Szczecinem na dziobie. Dziennik kapitana”, przypominającej rejs parowca szczecińskiego armatora s/s ”Szczecin” z ładunkiem broni do Indonezji, nie przypuszczałam, że przyjdzie mi po 55 latach od tego rejsu z autopsji poznać, to, czego doświadczał mój ojciec.

Opisywany rejs obejmował lato i jesień 1958 r. Wtedy, tak jak dzisiaj groźba wybuchu III wojny światowej wisiała nad głową. Płonąca walkami północna Afryka i Półwysep Arabski, koncentracja sił wojskowych Zachodu w basenie Morza Śródziemnego, groźba ze strony USA krwawej pacyfikacji Syrii, postawienie w stan gotowości bojowej wojsk radzieckich i szukanie przez ówczesny Związek Radziecki pokojowego rozwiązania konfliktów.
Emocje kapitana parowca, mego ojca, bardzo podobne są o moich – ten sam lęk, ta sama niepewność, te same zachowania świata Zachodu i Rosji, co wtedy.

Praca nad książką, która jest literackim opracowaniem autentycznego kapitańskiego dziennika z rejsu w 1958 r., zmusiła mnie do głębszej penetracji relacji między mocarstwowych i uzmysłowiła mi wtedy, jak wielkim barbarzyńcą są Stany Zjednoczone. Jak bezpardonowo wzniecają konflikty zbrojne na świecie, byle tylko uzyskać swoje partykularne cele. Jak wykorzystują lokalne konflikty etniczne czy religijne do ich realizowania, jak je rozniecają lub pacyfikują. 
Z lansowanego w Polsce wizerunku USA - „białego gołąbka”, strzegącego ładu na świecie i hegemona pokoju – wyłaniał się obraz cynicznego agresora, niemającego żadnych skrupułów.

Opatrzyłam książkę obszernym wstępem naświetlającym sytuację militarno-polityczną w obszarach objętych trasą rejsu. 
Mało kto dzisiaj pamięta, że świat stanął na przełomie lata i jesieni 1958 r. na krawędzi nieobliczalnej wojny, USA planowały wtedy zrzut bomby atomowej i były zaangażowane militarnie nie tylko w basenie Morza Śródziemnego, ale też w rejonie Pacyfiku i Morza Chińskiego.

To, co się obecnie dzieje w północnej Afryce i na Półwyspie Arabskim, niewiele różni się od wydarzeń sprzed półwiecza. I istnieje taka sama groźba wybuchu straszliwej w skutkach III wojny światowej z inspiracji USA, co wtedy..

Praktyki omijania ONZ przez USA też są nie nowe. 
Tło polityczne tego rejsu było dramatyczne:

Połowa lat 50. XX wieku, a lato roku 1958 szczególnie, to apogeum zimnej wojny, która podzieliła świat po II wojnie światowej. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki dość bezpardo­nowo rywalizowały wtedy o wpływy i wypełnienie luki, jaka powstała na Bliskim i Środkowym Wschodzie, a także na innych obszarach globu, w efekcie II wojny światowej i po utracie wpły­wów Francji, Wielkiej Brytanii i innych państw kolonialnych. Zwłaszcza w rejonie świata arab­skiego toczyły się krwawe boje ze względu na jego położenie i zasoby naturalne. Okres zimnej wojny charakteryzował się również ostrym konfliktem arabsko-izraelskim. ZSRR wspierał kraje arabskie skłaniające się ku tendencjom lewicowym, a następnie Organizację Wyzwolenia Palestyny. USA natomiast – Izrael i konserwatywne kraje arabskie.

(…)

Sytuacja w Indonezji nie była jedynym problemem kapitana s/s „Szczecin”. By dotrzeć do Indonezji statek nie mógł korzystać z Kanału Sueskiego, bowiem przewożona broń i samo­loty miały „lewe” papiery, a na Morzu Śródziemnym operowała flota wojenna Stanów Zjedno­czonych, czynnie zaangażowana w walki zbrojne w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Oficjalnie, wg dokumentacji okrętowej, statek przewoził zupełnie, co innego, niż miał w ładowniach i na pokładzie. (…) „Szczecin” musiał, zatem okrążyć kontynent afrykański, płynąc wzdłuż zachodnich wybrzeży Czarnego Lądu. A Afryka wrzała.

Na Czarnym Kontynencie w omawianym okresie toczyły się procesy dekolonizacyjne, czę­sto bardzo krwawe, oparte na terrorze i konfliktach zbrojnych z udziałem państw europejskich i USA. W krajach już niepodległych wybuchały wojny, pucze, zamachy stanu. Sytuacja była nieco podobna do tego, co dzisiaj dzieje się w tym regionie.

(…)

Bliski i Środkowy Wschód były nadzwyczaj łakomym kąskiem zarówno dla USA, jak i ZSRR. Państwa te dążyły wszelkimi sposobami do umocnienia wpływów w tym regionie. Natomiast Francja i Wielka Brytania od czasów II wojny światowej sukcesywnie je tutaj traciły. (…)

W tym okresie szczegól­nie wyraźnie w państwach arabskich ujawniały się nastroje antykolonialne. Po nieudanej agresji Wielkiej Brytanii i Francji na Egipt, w listopadzie 1956 r., nastroje antykolonialne radykalnie się nasiliły. Ostateczne wycofanie się tych państw ze świata arabskiego było już tylko kwestią czasu.

Interesujący nas rok 1958 – to problemy Libanu oraz dramatyczna sytuacja w Iraku i upa­dek monarchii haszymidzkiej. Irak formalnie był państwem niepodległym od 1932 r. Upadek tej dynastii oznaczał zakończenie wpływów brytyjskich.

Rywalizacje supermocarstw o uzyskanie wpływów na Bliskim Wschodzie kończyły się w tym czasie najczęściej powodzeniem Związku Radzieckiego.

(…)

Sytuacja w Libanie i Iraku rzutowała bezpośrednio na rejs „Szczecina”. 14 Lipca 1958 r. dokonuje się w Iraku zamach stanu. Gen. Abdul Karim Kassem obalił monarchię i ustanowił republikę. Amerykanie razem z Turcją zaplanowali wspólną interwencję, nie doszła do skutku tylko z powodu ostrej reakcji Związku Radzieckiego.(…) Dwa dni wcześniej przed zamachem stanu w Iraku s/s „Szczecin” przekroczył równik. (…)

W Libanie w czerwcu 1958, po długo­trwałych zamieszkach, wybuchło otwarte powstanie przeciwko prozachodniej polityce prezy­denta Chamouna (Szamuna). Prezydent zwrócił się o pomoc wojskową do sąsiedniego Iraku. Premier Iraku, Nura as-Said, zdecydował wtedy wysłać do Libanu brygadę pod dowództwem gen. Abdula Karima Kassema. Iracki generał zamiast wyruszyć do Libanu, zajął Bagdad, zabi­jając króla i jego rodzinę. Premiera, który go posłał do Libanu – także. W tej sytuacji prezydent Chamoun zwrócił się o pomoc do USA, które nie czekając na rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ, wysłały do Libanu swoją 6. flotę śródziemnomorską, zaś w sąsiedniej Jordanii wylądo­wali spadochroniarze brytyjscy. Zdecydowany protest ZSRR i postawienie w stan gotowości bojowej wojsk Armii Czerwonej ochroniły od interwencji USA – Irak i Syrię.

By to wszystko zrozumieć trzeba przypomnieć sobie, co jest w istocie tzw. Doktryną E, stosowaną wówczas przez USA i po wielu modyfikacjach - do dzisiaj.

Doktryna zimnowojennej polityki zagranicznej USA, wcielana w życie przez ówczesnego pre­zydenta USA Dwighta D. Eisenhowera, tzw. Doktryna „E”, głosiła, że Stany Zjednoczone: „(...) są przygotowane na użycie broni, by wspierać jakiekolwiek państwo na Bliskim Wschodzie (...) proszące o takie wsparcie przeciwko zbrojnej agresji ze strony jakiegokolwiek państwa kontrolo­wanego przez międzynarodowy komunizm[1]. Na jej postawie w 1958 r. do Libanu wysłano około 15 tysięcy żołnierzy, pod pozorem, by chronić – 2, 5 tys. obywateli amerykańskich.
Na tej dosyć enigmatycznej podstawie USA dwukrotnie próbowały obalić rząd syryjski, przeprowadziły kilka pokazowych akcji bojowych na Morzu Śródziemnym, aby zastraszyć ewentualnych rebeliantów antyrządowych w Jordanii i Libanie, wysłały żołnierzy do Libanu i spiskowały w celu obalenia lub zamordowa­nia egipskiego przywódcy Nasera.

Z perspektywy minionego półwiecza można rzec, że ta zimna wojna nigdy się nie zakoń­czyła i walka o wpływy i o surowce energetyczne na Bliskim Wschodzie między Rosją a USA trwa, a ostatnio nawet została zaostrzona.
Afryka ponownie wrze…

Doktryna „E” prezydenta USA D.D. Eisenhowera jest rozwinięciem tzw. doktryny Trumana.  ogłoszonej 12 marca 1947 r. przez prezydenta USA Harry’ego S. Trumana, ktora została nazwaną - polityką containment – powstrzymywania. Istota jej polegała na przeciwstawieniu się ekspansji tzw. radzieckiego komunizmu na całym świecie, a przede wszystkim wpływów ZSRR na gospodarki krajów o poten­cjale zasobów naturalnych. 
Amerykanie wierzyli w tzw. „efekt domina” i byli przekonani, że komunizm rewolu­cyjny rozprzestrzenia się z jednego państwa na wszystkich sąsiadów. Na podstawie tej doktryny – Amerykanie zaangażowali się czynnie i zbrojnie w Korei i Wietnamie, rozmieścili wojska amerykańskie w Europie, Turcji, Japonii i na Tajwanie. 
Wiele z tych działań było efektem pierwszego zwrotu w doktrynie Trumana, w roku 1954. Prezydent Eisenhower postanowił, bowiem zradykalizować tę doktrynę. Tak powstała tzw. Doktryna „E”. 
Miejsce polityki powstrzymywania i spychania idei komunizmu zajęła obietnica czynnego, militarnego wyzwalania kra­jów znajdujących się pod wpływami ZSRR i budujących u siebie systemy socjalistyczne. Choć oficjalnie nie było mowy o „wyprzedzającym neutralizowaniu” potencjalnie „niebezpiecznych reżimów”, to, jak wskazuje przykład Libanu w 1958 r. to jednak - takie działania były praktyką. Obecne wydarzenie aż nadto wskazują, że doktryna E wobec obecnej Rosji  czy Syrii jest w USA nadal realizowana.

16 lipca 1958 r. zarejestrowany w dzienniku kapitana:

Dokładnie 16 lipca przy statku pojawiły się pierwsze albatrosy. (…) Kapitan sięgnął po aparat fotograficzny. Chciał na filmie zatrzymać ich urok. Urzekały niezwykłą precyzją podniebnych akrobacji.

Fotografowanie przerwał radiooficer meldując, że z nasłuchu radiowego docierają niepo­kojące wieści.

– Znowu jakaś awantura polityczna na Bliskim Wschodzie, chyba w Libanie.

– Cholera, żeby nam tylko Kanału Sueskiego nie zamknięto, bo znowu trzeba będzie wracać naokoło i kolejne dwa miesiące, albo i dłużej, w morzu – zmartwił się kapitan. Muszą przecież gdzieś w drodze powrotnej brać węgiel.

Informacje radiowe potwierdziły się. Kilka dni temu samoloty angielskie zbombardowały dwukrotnie Harib w Jemenie. De Gaulle, Chruszczow i Adenauer cały czas odbywali narady, wymieniali listy i oświadczenia. W poniedziałek, 14 lipca, król Iraku Faisal miał przyjechać do Stambułu na szczyt szefów państw muzułmańskich, członków Paktu Bagdadzkiego. Tymczasem w Bejrucie ludność o 8.30 usłyszała komunikat radia bagdadzkiego: Mówi do was Republika Iraku... Było to wezwanie do wyjścia ludzi na ulice.

Inne rozgłośnie informowały, że w Iraku zabito premiera Nuri el Saida i następcę tronu, księcia Abdula Allaha. Na czele nowego rządu stanął generał Ahmed Saleh el Azem. Zniesiono monarchię i proklamowano republikę. W końcu nadeszła wiadomość, że Faisal też nie żyje.

Kapitan zasępił się. – Ładny pasztet – westchnął do radiooficera. – Panie Radzik, poszukaj pan, co w Europie gadają na ten temat.

Informacje nie były spokojniejsze. Reuters podawał, że zamach mocno wstrząsnął Waszyngtonem i sytuacja jest groźniejsza od tej w Libanie. Nasiliły się rozmowy między Eisenhowerem i Nixonem. Sekretariat ONZ ogłosił, że dosłownie kilkanaście godzin temu zebrała się Rada Bezpieczeństwa ONZ na wniosek Eisenhowera. W Paryżu natomiast – posie­dzenie stałej Rady ONZ w sprawie skargi rządu libańskiego na ingerencję Republiki Arabskiej w sprawy wewnętrzne Libanu.

– Boże, toż to wczoraj! – Powiedział sam do siebie kapitan po usłyszeniu komunikatu, że w odległości ośmiu kilometrów od Bejrutu wylądowało dwa tysiące amerykańskich marines. – Dobrze, że jesteśmy na drugim końcu Afryki.

Radio dalej sączyło beznamiętnym głosem spikera niepokojące informacje. Dowództwo wojsk brytyjskich podało z Londynu, że postawiono w stan gotowości dwie brygady, łącznie sześć tysięcy ludzi oraz rezerwy strategiczne. Była to reakcja na śmierć pułkownika Drahama, który zginął podczas zamachu na byłego premiera Iraku w Bagdadzie. Ujęto go w czasie uciecz­ki i zlinczowano

Kapitana zaniepokoiła bardziej od doniesień o jatkach na Bliskim Wschodzie relacja z konferencji prasowej Eisenhowera. Amerykanie skierowali w rejon zapalny swoją flotę wo­jenną. Prezydent USA oświadczył, że do Libanu skierował trzy kolejne jednostki marines na okrętach 6. floty amerykańskiej. Do Europy jeszcze w maju przerzucono trzydzieści samolotów transportowych lotnictwa strategicznego L-124, tzw. Globmastery.

– Cholera! – Zirytował się kapitan. – Jadę jak na beczce prochu. Pół statku amunicji, pół węgla, który w tym ukropie może się zapalić, lewe papiery, a tu na dodatek kolejna rozróba polityczna! Ledwo ukatrupili Nagy’a, Anglicy zbombardowali Harib w Jemenie, a teraz Irak. Obłędu można dostać. Zwrócił się do radiooficera – Jak co ważnego, to melduj.

Najbardziej interesowało go, co 6. flota amerykańska wysłała w stronę Libanu. Nigdy nie wiadomo, kogo przyjdzie mu spotkać w drodze powrotnej. Dobrze, że przynajmniej będzie wracał bez trefnego ładunku.

Według radiowych komunikatów i tego, co przechwycili na łączach, wynikało, że w rejon Bliskiego Wschodu płynie superlotniskowiec „Saratoga”, okręt flagowy 6. floty – „Des Moines”, lotniskowce „Wasp” i „Essex”, każdy z odrzutowcami na pokładzie, dwadzieścia pięć niszczycie­li, trzy łodzie podwodne i kilka okrętów transportowych. Reuter dodawał, że Francuzi z baz na Morzu Śródziemnym wysłali również w tamten rejon swoje okręty wojenne. – No to mamy gęsto na wodach Afryki, dobrze, że jesteśmy na dole – rzucił przez ramię w stronę radiooficera. – Czy wie pan, jaki to gigant ten „Saratoga”? 85 tys. ton. Na pokładzie około setki samolotów, w tym te ich Sky Warriory do przenoszenia bomb nuklearnych i odrzu­towce Banshee.

Kilka dni później, 20 lica 1958 r.:

Wieczorem kapitan uzyskał łączność ze Szczecinem. Armator, jak zwykle milczał, depesz z domu też nie było. Za to wieści z Libanu – bardzo niepokojące.

– Na Bliskim Wschodzie może zrobić się nielichy bałaganik – rzucił przez ramię do Radzika, z którym biedził się nad uzyskaniem połączenia z krajem.

Mieli powody do obaw. Od dwóch dni Rosjanie w okręgach zakaukaskim i turkiestańskim pod pozorem manewrów postawili siły lądowe i lotnicze pod broń. Dzień potem Irak nawiązał stosunki dyplomatyczne z ZSRR, a na „pogaduszki” z Chruszczowem do Moskwy przyleciał Naser. Na dodatek Czang Kaj-szek rozpoczął manewry na wyspie Matsu, co oznaczało, że Amerykanie są w Zatoce Tajwańskiej.

Kiedy parowiec „Szczecin” dotarł wreszcie do Indonezji i zacumował 22 sierpnia 1958 r. w bazie wojskowej portu Surabaya, gdzie cumował do 6 września, okazało się, ze nie tylko Afryka i Półwysep Arabski są targane lokalnymi wojnami ze „wsparciem” Zachodu i dywersyjnymi działaniami USA.

W czasie pobytu w Surabaya, kapitan statku z natury rzeczy spotykał się z dowództwem miejscowego garnizonu armii indonezyjskiej.

Poza upominkami kapitan dostał też od wojskowych nieco informacji o sytuacji w Azji Południowo-Wschodniej, bowiem był to temat nadzwyczaj gorący w indonezyjskiej armii, po­jawiał się w rozmowach, co rusz, a on nie miał czasu słuchać radia, ani nawet czytać raportów swego radiooficera, bo bez przerwy stał na mostku. Wojskowi poinformowali go, że tuż przed zacumowaniem „Szczecina” przy kei w Surabai, dosłownie godzinę wcześniej, indonezyjski minister spraw zagranicznych Subandrio ostro skrytykował publicznie w mediach krajowych lądowanie amerykańskich marines w Singapurze. Określił takie działania, jako tworzenie w Azji Południowowschodniej nowego zarzewia konfliktów międzynarodowych. Od 11 sierpnia, jak zapewniali wojskowi, w ciągu 10 dni do Singapuru przybyło sześć amerykańskich okrętów wojennych z dwoma tysiącami żołnierzy piechoty morskiej na pokładzie. Była to część wojsk USA z bazy na Okinawie w Japonii. Kadra oficerska singapurskiego garnizonu nie miała złu­dzeń, że Waszyngton tworzy w Singapurze kolejną bazę wojskową w łańcuchu baz od Oceanu Indyjskiego po Daleki Wschód. Major lotnictwa, R.S. Poegoeh, który ofiarował kapitanowi album o Indonezji: „Tanah Air Kita” (Nasza ojczyzna), wcale nie ukrywał, że dostarczone wła­śnie przez polski statek działa przeciwlotnicze i amunicja bardzo im się teraz przydadzą. Nie mówiąc o MIG-ach, po które specjalnie przyjechał ze swojej jednostki. – Oni są teraz na skok komara. Dzieli nas tylko Malakka.

Lądowanie wojsk USA w Singapurze oficjalnie potwierdził Waszyngton. Wprawdzie pre­zydent Eisenhower zapewniał, że nie zamierza na stałe zostawić swojej floty na Pacyfiku, ale nikt z indonezyjskich wojskowych w to nie wierzył. Jedno było pewne, Amerykanie zastąpili Brytyjczyków, którzy planowali wycofanie się z tych obszarów.

Ale to nie wszystko. „Szczecin” wyszedł 6 września z portu Surabaja do wietnamskiego portu Hajfong po ryż. Armator postanowił, jak to jest przyjęte w trampingu znaleźć ładunek na drogę powrotna statku do kraju, by statek nie wracał z pustymi ładowniami.

Przed statkiem, cały czas od Sajgonu do Hajfongu, przemieszczał się cyklon, a przed nim jeszcze, w kierunku na Hongkong – tajfun. Cyklon szalał koło Hainanu. (…)

Ale nie tylko cyklon był groźny. Od końca sierpnia na nieco wyżej położonym Tajwanie zaostrzyła się sytuacja, chińska artyleria otwo­rzyła ogień do tajwańskiego transportowca, w efekcie 7. flota USA została postawiona w stan gotowości. Zaistniała realna groźba uży­cia broni nuklearnej w Cieśninie Tajwańskiej. Kiedy jeszcze byli w Surabai, komentator agencji UPI 4 września, na marginesie relacji z odbytej konferencji szefów połączonych sztabów USA, poinformował, że gdyby USA czynnie chciały udzielić pomocy Tajwanowi, można by użyć bomby atomowej. (…) Radio singapurskie informowało o sy­tuacji w regionie na okrągło. Wkrótce Chiny ogłosiły, że obejmują pasem terytorialnym, rozszerzonym do 12 mil – Tajwan i przyległe wyspy. Amerykańskie bombowce lądują na Tajwanie, a do bazy w Clarkfield na Filipinach przybywa ponad 20 samolotów transportowych typu C-133 Hercules. John Foster Dulles, sekretarz stanu USA, wydaje oświadczenie na temat poważnej sytuacji w Cieśninie Tajwańskiej.

(…) Na reakcję Chin nie trzeba było długo czekać. Gdy „Szczecin” był jeszcze w połowie drogi między Surabają a Singapurem, 7 września premier Chin Czou En-laj stwierdził, że naród chiń­ski ma prawo do wyzwolenia swego terytorium, a następnego dnia, że Tajwan i wyspy Penghu (Peskadory) są od pradawnych czasów chińskie. Poparcie USA dla Czang Kaj-szeka i zbrojna okupacja wysp są, jego zdaniem, nielegalną interwencją Amerykanów w sprawy wewnętrzne Chin.

Sytuacja w regionie niebezpiecznie się zaogniła.

Kiedy tak powracam do napisanej książki, wertuję jej kartki, nasuwa mi się nieuchronna myśl, że USA przez całe te minione pół wieku nie zmieniły ani o jotę swego stosunku i do krajów arabskich i do Rosji.

Jest, czego się bać, po działaniach Amerykanów widać, że są gotowe rozpętać kolejna wojnę w imię realizowanej konsekwentnie doktryny zimowojennej, która niesie za sobą zniszczenia, wojny i morze trupów.

Jednak jest pewna różnica w tym, co działo się w roku 1958 a rokiem 2013.

Doba Internetu i innych nowoczesnych technik komunikowania się spowodowała, że wiele informacji, dawniej pilnie strzeżonych i tajnych wychodzi na jaw. Światowa opinia publiczna jednoznacznie potępia wszelkie pomysły interwencji zbrojnej w Syrii, od papieża, po licznych ekspertów, nawet z najbliższego otoczenia obecnego prezydenta USA Baraka Obamy. Unia Europejska jest głęboko podzielona w tej sprawie, nie ma zgody na zbrojną interwencję USA w Syrii ze strony liderów UE i NATO. Racje Rosji są coraz bardziej niepodważalne, USA coraz bardziej – wątpliwe.

Zachowanie sekretarza Johna Kerry’ego staje się coraz bardziej nonsensowne, jego wypowiedzi stawiają USA w coraz gorszym świetle – vide publiczna informacja o opłaceniu działań wojennych USA w Syrii z kasy …Arabii Saudyjskiej. To wszystko stawia prezydenta USA w szalenie dwuznacznej sytuacji.

Stany Zjednoczone jawią się światu, jako amoralny najemnik, wynajmowany do zabijania.

Dyplomacja rosyjska pod kierunkiem Siergieja Ławrowa, co raz może odnotować w tym konflikcie spektakularne sukcesy. Rosja z powodzeniem buduje swój wizerunek mocarstwa dążącego do pokojowego rozwiązania konfliktu i skutecznie rozgrywającego tę arcytrudna partię na szachownicy politycznej świata.

Przegrywają też szefowie dyplomacji Polski, Niemiec i Szwecji, europejscy poplecznicy sekretarza Kerry’ego. Ich zabiegi kilka dni temu na spotkaniu w Wilnie szefów dyplomacji UE i USA – spełzły na niczym. Unia zgody na wojenną awanturę w Syrii – nie dała. Przy okazji wyszło na jaw, że wymyślona przez Polaków i Szwedów tzw. polityka wschodnia UE, polegająca na odciąganiu byłych państw ZSRR od Federacji Rosyjskiej – nie sprawdza się.

Próby przeszczepienia znowelizowanej doktryny „E” na grunt Europy nie przynoszą USA spodziewanych efektów, choć wykreowały Stany Zjednoczone w Unii spore grono admiratorów tzw. polityki transatlantyckiej wobec Rosji. Nawet w Polsce, w której obecny rząd nie do końca akceptuje jej prowadzenie przez szefa polskiego MSZ.

Uwaga
Teksty w kolorze niebieskim 
 fragmenty książki "Ze Szczecinem na dziobie. dziennik kapitana", 
Szczecin, 2011, wyd. ZAPOL

Teksty czerwone 
 sytuacje powtarzajace się po 55 latach

[1] Patrz m. in: – D.D. Eisenhower: The White House Years: Waging Peace: 1956-1960. Wyd. Garden City, NY, 1965.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz